<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Meloman">
<author_1="Marian Promiński">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="10">
<date="1954-10-10">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Przebieg koncertu komentował w przerwach między częściami symfonii, usilnie wciągając mnie do rozmowy i prowokując do wyrażenia opinii. Odmrukiwałem coś, zajęty bardziej ogólnym wrażeniem muzycznym niż szczegółami, na które zwracał mi uwagę, poświstując bezgłośnie frazy znajome i wykonane nie tak, jakby on sobie tego życzył. Sąsiad trochę uciążliwy i dziwaczny.Tak się zaczęło. W przerwie zniknął mi z oczu, a potem znowu niespodzianie wypłynął. Dojrzałem go w hallu, uwijającego się między grupkami publiczności. Witał się tu i tam po to tylko, by rzucić dwa — trzy słowa. Mały i zasuszony jak skwarek, nurkował niespokojnie, roztrącając wszystkich po drodze i — jak podejrzewałem — podsłuchując, co mówią o koncercie. Jeżeli się nie zgadzał, wtrącał okrzyk protestu i oddalał się od obcych ludzi, patrzących za nim w zdziwieniu. Po tej inauguracji często się z nim spotykałem, tylko na koncertach — oczywiście. Nie wiedziałem, skąd przychodził i dokąd odchodził po opuszczeniu bramy filharmonii. Ubrany był ubogo, wątpię czy płacił za bilet, a w każdym razie nie zawsze. Jak pchełka wskakiwał po zamknięciu wejść na upatrzone wolne miejsce, a jeżeli to był występ na wolnym powietrzu — przechodził poza kordon, popod sznur tuż pod estradę, nic przy tym nie tracąc z godności mecenasa sztuki, który donośnym okrzykiem — brawo! — zamyka finał koncertu. Witał się ze mną jak ze starym znajomym. — No jak tam, co się usłyszało w ostatnim tygodniu? — O sobie mówił, że ma czas szczelnie wypełniony, w jego kalendarzu nie brakło nawet popisów szkół muzycznych. Meloman musi mieć obraz życia muzycznego miasta — szeroki i wypełniony w każdym szczególe.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
